"W górach, tam jest się wolnym" T.S.Eliot
Ciepłe kluchy podrygują w takt, wybijany komendami nad wyraz, jak na tę nadmorską dziurę i porę dnia, przystojnego kaowca. "A teraz wciągamy głęboko jod" - ordynuje po serii skłonów i, po trzasku stetryczałych kości, do uszu wlewa się szum porannego odpływu. Leniwe morze zastyga w oczekiwaniu na dalsze polecenia...
Polecę. Nie mam tu nic do zrobienia. Nie mam apetytu na zdrowie (bowiem aktywizm wg TVN to ściema, tak mniemam). Nie mam, zresztą, na nic chcenia... Niż otoczenia dołuje mnie, kumie, bo u mnie - rozumiesz, kwestia gustu - depresja zaczyna się gdzieś poniżej dwustu, znaczy się metrów nad pe-em, czytaj: ze-erem tej wielkiej kałuży. Jak mnie ta kałuża dziś nuży. Z lewa na prawo tylko woda, i wała, a raczej wydma. Się wam przyznam: całe moje życie stoi teraz na pedałach. Już słyszę ten szyderczy chór. Ale chu... chała, zza wydmy nie zobaczysz gór. Choćbyś nie wiadomo jak się spiął - joł - nie dojedziesz kroskantrem na Fatrę. Więc korbą kręcę mantrę po pożal się Boże promenadzie. Tyle mi pozostało z marzeń, ile wybiegu na wybiegu, albo w Tobim Kunta Kintego, albo... Jeszcze czego?
I pomyśleć, że kiedyś mi to starczało. Ba, było to dla mnie jak deus ex machina - tu depniesz a tam się kręci. A cóż to dopiero było za odkrycie, kiedy mi odpięli boczne kółka. Triumfowałem niczym Kopernik: "A jednak się kręci". "A jednak się kręci" - powtarzali z satysfakcją rodzice, obserwujący jak, balansując na granicy cudu, wykręcam się od twardego lądowania. Dzisiaj muszę się dobrze wypieprzyć, żeby mieć radochę. Jeśli nie katuję hardcorowego rockgardena, nie lecę z kilkumetrowego dropa albo nie płynę po singletrailu, to mam się za zdziadziałego jubilata. (Kto z freeride'owej dzieciarni pamięta śmietnikowych dziadków na Jubilatach? Dziś moglibyśmy sobie podać ręcę, my, rowerowi recydywiści, każdy na swój sposób kultywujący ideę recyklingu, recykliści, bijący rekordy przydatności do użycia). Tak, drogie dziatki, jesień życia bywa kapryśna. Wszak lada chwila skończy się film, a ja wciąż nie pokazałem żadnego tricku. Więc przynajmniej na finiszu sezonu muszę się wylansować, coś wykręcić. Byle nie orła z front footerem, aczkolwiek ten trick byłby zaiste niepowtarzalny.
Jestem chyba nienormalny - kręcę. Zresztą, nic innego dziś nie robię, tylko kręcę. Kręcę i nawijam, nawijam i kręcę - ten typ tak ma. Jedna małpa zasłania oczy, inna uszy, a ta... O nie, dziś jestem na wakacjach. Dziś nie jestem mecenasem ale Meckiem - dzieckiem dwóch pedałów. Jak pedał kręcę i nawijam, nawijam jak nakręcony, a im bardziej nawijam, tym bardziej się nakręcam. Perpetualnie mobilam, czeńdżuję energię po kursie jeden do jeden, a na siedem wymieniam ten padół na Eden - więc, uważajcie, na siedem będzie wielkie JOŁ, taki Nowy Światowy Rozpierdol (cokolwiek by to nie znaczyło, a znaczy na przykład: a) internacjonalną rewolucję, bo o ile rację miał Bismarck, że każdy porządny obywatel w wieku nastu lat był socjalistą, to jednak żaden młodociany socjalista nie mógł na starość sporządnieć do tego stopnia, by całkowicie wyzuć się dreszczy na myśl o krwawej jatce, b) sequel do New World Disorder'a z udziałem własnym, bo każdy o tym marzy bardziej niż o żółtej koszulce, bo freeride to także lans w górskim landszafcie, c) wypierdol w zaświaty, co stanowi najmniej atrakcyjną, aczkolwiek najbardziej prawdopodobną alternatywę). A więc po pierwsze, znów jedziemy wierszem, bo to trening kadencji. Z impotencji z oporem wyzwalasz potencjał, jak kapitał zlany potem, który potem wymieniasz na endorfino-kinetyki i już masz formułę szosowej taktyki. Na dwa zaczyna się radocha i krzyki do muzyki: "Stare pryki! Ramole znudzone światem! Popatrzcie na ten scratching blatem! Posłuchajcie tego podkładu (w tym discopololandzie to towar spod lady)!". A raczej spod pachy. Już słyszę te "ochy", "achy". Byle nie: "a fe", bo to nadaje eMPe3 tudzież free - Radio wolne emperium, hardcorowa głosi scena: "Wolność to eufemizm, liczy się tylko adrena. Reszta to ściema". Ale uwaga! To nie blaga. Terra... Trzy? Pojęcia nie mam, chyba cztery, nie bądźmy sknery i dajmy four, jak 43ride, więc nie stój jak łor czy fajtłapa, dawaj piątaka i respect dla kozaka. Bo oto obrót spraw się zmienia. Asfalt się kończy i nastaje ziemia, a to znak, że zbliża się lotna premia. Freestylowy soundtrack prowadzi synkopą na hopę. Hip-hopowym kopem dodaje animuszu. Wraca dziś dzikus do buszu. Sześć Boże. Rusza w akcję. Grawitację wymienia na lot. Siedem i klatka stop. Stagnacja. Reanimacja czy kolaudacja? Tłuszcza zamarła. Szeregi swe zwarła, zwłaszcza dzieci, a on dalej leci. I leci. Publiczność dostaje jobla. No dobra, powiem wam. To o mnie ten film jest. To ja do głównej roli aspiruję na fest. Jestem the bestem - debeściakiem - majakiem, okrakiem na styku snu i jawy siedzącym, latającym jak holender, co płynie poza horyzontu linię, na antypody jaźni, gdzie wyobraźni górotwór zbudował raj. Aj waj, jestem w niebie. Ależ mi się jebie. Gnam bo mam swoje 5 minut. Mam niezły czas. Mam... zadyszkę.
Natury nie oszukasz. Równina jest jak płaska kobieta - można się na nią spuścić, ale nie ma się czym pobawić. Robota dla pedałów. Pedałując aż do skurczu łydek, dojechałem na skraj śmierci klinicznej. Drżę jak kluska na parze. Pot mnie zalewa, potu rzeka, potem wpływająca do morza. Słone morze wlewa się do uszu i leniwie zastyga. Stygnie ciepła klucha. Z ostatnią konwulsją poranka odpływa. |