blog nie jest związany z naszą zawodową działalnością i ma charakter prywatnego forum Drukuj  
 

Wyszukaj w blogu

Wątek
Autor wpisu
Język wpisu
Data
od
do

 


Sonata bałtycka
2010-02-23 | after hours

Kryzys marketingowy
2009-10-11 | after hours

Sędzia kolarz
2009-05-19 | after hours

Ballada o wyjściu
2009-02-02 | 40

Parszywa Dziesiątka
2008-12-05 | 40

Dzwon
2008-04-03 | 40

Brass'em up
2007-11-23 | Brass

Kronika okresu wypowiedzenia
2007-10-05 | after hours

 
 
Kryzys marketingowy
2009-10-11 | Rafał Wypiór | after hours
 
Wściekłość mnie ogarnia, gdy siedzę naprzeciwko dyrektora Kowalskiego, rozpartego z filmową fantazją w fotelu, z wyżyn którego w trudzie i znoju zarządza swoją firmą, w dodatku na imp lub ex zorientowaną oraz inter – niczym szlachetną patyną – pokrytą. Krew mnie zalewa, gdy obserwuję, jak popada w samozachwyt w miarę, jak się rozkręca narzekając na dzisiejsze czasy. Przekonany, że gdyby nie jego geniusz, jego firma dawno poszłaby na dno, w kryzysie odnalazł ostateczne potwierdzenie, że jest właściwą osobą na właściwym stanowisku. Ba, ze świecą szukać równie utalentowanego menedżera. Kryzys to dla niego doskonały pretekst, by ciąć wydatki kosztem innych. A to zwolni się pracowników, a przynajmniej obetnie im premię, której przecież nigdy nie mieli na papierze, chociaż bez tego dodatku praca zamienia się w wolontariat; a to ograniczy się działalność pro publico bono, która przecież zawsze była ekstrawagancją, kpiącą sobie z rachunku ekonomicznego. Kryzys to czas restauracji zdrowego rozsądku, by w gospodarce i w ogóle w życiu społecznym znowu zapanowała normalność, gdzie nikt nam już nie wciśnie szwindlem podszytych instrumentów pochodnych, czy inwestycji w działalność charytatywną. I coś w tym jest, ale niech Pan pozwoli, że zapytam: "a z czego Pan, Panie Kowalski, zrezygnował w obliczu kryzysu?" Zakładam, że nie z wystawnego życia, bo, jak pokazali prezesi upadających banków, "show must go on", chociażby za pieniądze podatników. Nie sądzę też, by się Pan przesiadł na ekonomiczny samochód. Wszak limuzyna to inwestycja w wizerunek firmy. No więc? Pozwoli Pan, że się rozejrzę po stole? Może tam odnajdę ślady kryzysu. Skądże znowu, recesja szczęśliwie oszczędziła również Pana brzuszek. A zatem smacznego, proszę wcinać do woli. A na koniec to, czego nie będzie Pan już w stanie przetrawić i łaskawie wydali, opakowane zostanie papierem miękkim jak jedwab. A ja powiadam, dopóki, przymuszony kryzysem, nie zaczniesz podcierać pupy gazetą, jak to robili nasi ojcowie, dopóty nie masz prawa ciąć wydatków kosztem bliźniego swego.

Teraz będzie o rowerach, bo przecież nie mogę o nich nie wspomnieć. Gdyby nie one, nadal przechodziłbym obojętnie obok tych hipokrytycznych purytan. Tak się jednak złożyło, że w tych trudnych czasach postanowiłem pomóc młodemu, dobrze się zapowiadającemu zawodnikowi, który w tegorocznej edycji Pucharu Polski w fenomenalnym stylu zajął pierwsze miejsce w downhillu. Złożyłem ofertę sponsoringu pewnemu dystrybutorowi samochodowemu, który nomen omen właśnie wprowadzał na rynek model z napędem 4x4. Wydawać by się mogło, że będzie to doskonała reklama, móc umieścić na koszulce freeridera logo samochodu, który odważył się porzucić asfaltowe drogi. Przyznam, że w skrytości ducha apelowałem także do pasji owego menedżera, znanego z zamiłowania do kolarstwa górskiego, ba, nie stroniącego od ekstremum. Jaka była moja irytacja, bo niestety nie zaskoczenie, kiedy ów odmówił, wskazując na kryzys, jakby to była oczywista oczywistość, że w kryzysie nie inwestuje się w sport.

Jak to w kryzysie nie inwestuje się w sport? Przeczy temu historia igrzysk. "Panem et circenses" zwykła wołać tłuszcza w dobie napięć i odkąd rządzący pojęli, że sport pomaga okiełznać rozgoryczone społeczeństwo uczyniono z niego na stałe instrument inżynierii społecznej. Dzisiaj teza ta dodatkowo zyskała na popularności, gdy kryzys objawia się w głównej mierze w sferze psychicznej i bardziej niż chleba ludziom potrzeba igrzysk, które pozwolą zapomnieć o powszednich strachach. Zresztą nie zaobserwowałem, by w przestrzeni publicznej sport zajmował mniej miejsca. Nie sądzę też, skoro w jego stronę jak zwykle, a może nawet tym bardziej, zgodnie z wyżej zaprezentowaną obserwacją, zwróconych jest miliony oczu, by wydatki na sport uległy ograniczeniom. Równie dobrze możnaby w ogóle zaniechać reklamy, czego, jak wiadomo, nikt o zdrowych zmysłach nie robi.

Zatem śmiem podejrzewać, że przedmiotem obiekcji było nie tyle wydatkowanie na sport, jako taki, co inwestowanie w młodego zawodnika, o którym jeszcze nikt, poza osobami z branży, nie słyszał. Z pozoru jest to logiczne, tak samo jak pozornie słuszne jest niekupowanie ziemii w rejonie, który aż się prosi o inwestycje, albo nierozwijanie nowych branży lub technologii. Niejeden bywalec salonów może się poszczycić tym, że zaprzeczył tej logice. W tym zatem przypadku, moim zdaniem, mamy raczej do czynienia z oporem mentalnym, by w młodym zawodniku dostrzec pełnowartościowego sportowca. Wszak nie pokazali go jeszcze na Eurosporcie, a, jak wiadomo, prawdziwy sportowcy to ci, których można podziwiać na szklanym ekranie. Ci zaś za oknami to pedały, uprawiający jogging tudzież inne fitnessy. Prawda, jakie to swojskie? Sport masowy, aktywne spędzanie wolnego czasu, to wciąż jeszcze nowinki z Zachodu, niezakorzenione w naszej rzeczywistości, w przeciwieństwie choćby do naszych południowych sąsiadów, z których tak chętnie się śmiejemy. Tymczasem przy nich wyglądamy jak stetryczałe dziady, jeżdżący, kiedy już nie da się inaczej (a zwłaszcza samochodem), na "makrokeszach", podczas gdy oni regularnie dosiadają swoich markowych rowerów. Ani się obejrzeliśmy jak z Polski wyprowadziły się wszystkie przedstawicielstwa światowych marek rowerowych. Teraz kierują dystrybucją zza południowej granicy. Dlaczego? Bo nie zasługuje na większe zainteresowanie naród, którego statystyczny przedstawiciel, zapytany o marki rowerów, odpowie: wagant, wigry, jubilat.

Ale nie popadajmy w gigantomanię. Pamiętam jak na jednym z downhillowych contestów któryś z zawodników tzw. elity wystartował na jubilacie. Oczywiście był to happening, który miał uzmysłowić, że w tym sporcie, jak i w pozostałych dyscyplinach, niezależnie od poziomu zaawansowania technologicznego sprzętu, najważniejszy jest zawodnik. Ba, nawet nie zawodnik, ale fun. Dla radochy zapewne, bo nie dla reklamy swoich bułek i aspiryny, piekarz i aptekarz z włoskiej mieściny robią zrzutkę, by chłopakowi z sąsiedztwa zasponsorować start w zawodach o puchar wójta, prezesa czy piwa. Przyjdzie czas, być może, że po dobiciu do czołówki chłopak podpisze prawdziwy kontrakt sponsorski. Póki co jednak może liczyć na zwykłą pomoc, a na początku kariery każda pomoc jest nieoceniona. U nas ani na początku, ani w szczytowym punkcie kariery nie można liczyć na realną pomoc, chociaż, przepraszam, znalazł się pewien piekarz, który, jak donosi plakat na stacji kolejki na górę Żar, sponsoruje naszą wicemistrzynię świata w narciarstwie wysokogórskim (czy ktoś z nas w ogóle słyszał o sukcesach polskich narciarzy w narciarstwie ekstremalnym?).

Przyzwoitość nakazuje wspomnieć o innym jeszcze wyjątku, chociaż ten bynajmniej nie nastraja mnie optymizmem. Mowa bowiem o dyscyplinie, w której pokazujemy się z jak najgorszej strony, zarówno na boisku, jak i, a zwłaszcza, poza nim, w gabinetach działaczy. Im gorzej jednak tym lepiej. Bo w miarę pogrążania się każdy, najmniejszy choćby, sukcesik cieszy jak odsiecz wiedeńska. Ba, z perspektywy czasu okazuje się, że ten mały sukcesik jest kolejnym, jakże zasłużonym, potwierdzeniem naszej wielowiekowej hegemonii i przy takiej tendencji nasze porażki to tylko incydentalne wpadki, a w najgorszym wypadku chwile smuty w okresach poszukiwania trenera, który z naszych wspaniałych chłopców znowu poskłada złotą jedenastkę. Bo tak się składa, że przeciętny Polak da się pierwej pokroić zanim się przyzna, że nasi piłkarze są do niczego. Przecież kwiat polskiego futbolu gra w zagranicznych klubach, więc problem tylko w tym, by selekcjoner na miarę Piechniczka wyzwolił z nich potencjał i dodał huzarskich skrzydeł. I takim to sposobem na każdego, kto potrafi podbijać piłkę dłużej niż 10 sekund patrzymy jak na Maradonę znad Wisły, a jak takich jak on skrzyknie się jedenastu, to już mamy klub, za który chcemy żyć i umierać, dla którego układamy i wykrzykujemy najbardziej prostackie piosenki i oczywiście, gwóźdź programu, pod sztandarem którego wyruszamy na krucjatę.

Pora kończyć, by samemu nie stać się ofiarą takiej krucjaty, zwłaszcza że, jak wiadomo, w utarczkach religijnych najbardziej cierpieli nie innowiercy, ale stojący z boku odszczepieńcy. Jestem jednak przekonany, że moja zdroworozsądkowa postawa tym razem nie jest podzielana przez wspomnianego biznesmena, który zapewne ochoczo wyłożyłby kontrybucję na wojnę futbolową. Za to, by jakaś czwartoligowa cracovia nosiła na dupie jego proporczyk, sypnąłby groszem niczym hetman wielki cesarsko-królewski.



 
 
 
 
 
 
 
                             
Strona główna
 
 | 
 
Kancelaria
 
 | 
 
Zespół
 
 | 
 
Publikacje
 
 | 
 
Obszary praktyk
 
 | 
 
Szkolenia
 
 | 
 
Klienci
 
 | 
 
Kariera
 
 | 
 
Kontakt
 
 | 
 
Nota prawna
 
 



Projekt i realizacja 

pozycjonowanie