blog nie jest związany z naszą zawodową działalnością i ma charakter prywatnego forum Drukuj  
 

Wyszukaj w blogu

Wątek
Autor wpisu
Język wpisu
Data
od
do

 


Na zimę i chłody - Frower Power
2010-12-22 | after hours

O dwóch krasnoludach i sierotce Maryjanie
2010-10-11 | after hours

Gnomes Cup - Relations from the Cadaverous 'Trupi' Forest 2010
2010-10-11 | after hours

Bobry i świstaki na dachu świata*
2010-08-31 | after hours

Joy the ride - share your joy
2010-06-21 | after hours

ABECADŁO FREERIDE'U - F jak FLOW
2010-06-07 | 40

O zdobywcach Pucharu i strzegącym go okrutnym Karkonoszu, o daremnych ofiarach i ofierze losu
2010-05-05 | after hours

Kirá - o Filtrowej 47
2010-04-26 | Bajo

Sonata bałtycka
2010-02-23 | after hours

Kryzys marketingowy
2009-10-11 | after hours

Sędzia kolarz
2009-05-19 | after hours

Ballada o wyjściu
2009-02-02 | 40

Parszywa Dziesiątka
2008-12-05 | 40

Dzwon
2008-04-03 | 40

Brass'em up
2007-11-23 | Brass

Kronika okresu wypowiedzenia
2007-10-05 | after hours

 
 
Dzwon
2008-04-03 | Rafał Wypiór | 40
 

Co prawda jeszcze się to nie stało, ale już nadchodzi wielkimi krokami. Ani się obejrzę a wybije mi z mocą dzwonu, obwieszczającego tragiczne wydarzenia narodowe, czterdziesta wiosna. Wiosna? W tym przypadku należałoby raczej mówić o jesieni. Bynajmniej nic tu nie budzi się do życia, chociaż zewsząd napiera materia. Przypomina to jednak bardziej nerwowe krzątanie się poprzedzające zimowy sen, niżli energetyzujący balet Strawińskiego. Podrygi, ostatnie podrygi młodości – taka jest naga prawda o moich konwulsjach przed zapadnięciem w fotel i rozpoczęciem odliczania dni do ... Do tej pory liczyłem dni od ... Niewielka zmiana akcentów, a jaka różnica. Na tym właśnie polega "urok" bycia czterdziestolatkiem, że chociaż nic się w jego życiu nie zmienia, to jawi mu się ono w nieco innych odcieniach i całkowicie odmiennych barwach. Trafnie to przedstawił Gruza w popularnym serialu o inżynierze Karwowskim, chociaż z perspektywy mojego pokolenia, a zwłaszcza z mojej perspektywy, stwierdzam, że nawet za dwadzieścia lat nie będę takim dziadem jak ów tytułowy czterdziestolatek. Jakkolwiek już teraz mam ochotę urządzić stypę. Zresztą nie po raz pierwszy. W trzydziestym trzecim roku życia, jak każdy średnio rozgarnięty mężczyzna, zadałem sobie pytanie o własny dorobek i kiedy musiałem przyznać, że nie jestem wodzem Apaczów, a tym bardziej Królem Żydowskim, trudno było znaleźć rację dla dalszej egzystencji. Bo każdy kolejny dzień bez ukrzyżowania jawił się od tej pory wystawianiem na próbę Boskiej cierpliwości. Mimo to w dalszym ciągu oddawałem się marnotrawieniu czasu, jakbym go komuś ukradł. Aż w końcu uświadomiłem sobie, że sam siebie okradam, a co gorsza, że moje zasoby się kurczą.

Najbardziej dobitnie zrozumiałem to wsiadając na rower. Małe piwo, gdyby chodziło tylko o przejażdżkę do sklepu po bułki. Niestety, zachciało mi się penetrować na dwóch kółkach górskie szlaki, ba, bezdroża – wręcz antydroża, najeżone różnorakimi hopkami, dropami, gapami i step-apami. Jakkolwiek bowiem nie dane mi było zostać skandalistą na miarę Jezusa z Nazaretu, ani bojownikiem o wolność i demokrację, podążającym drogą enerdowskiego Winnetou, to nie wyrzekłem się marzeń. Idąc na kompromis, postanowiłem zostać gwiazdą Extreme Sports TV. Przecież to takie proste – wystarczy wsiąść na rower i puścić się z góry, byle tylko góra była dostatecznie wysoka i stroma. Jak już osiągniesz prędkość, przy której zacierają się kontury, nikt nie dostrzeże, że jesteś na to za stary – mógłbyś przecież być ojcem większości swoich poputczików. No i właśnie te szczyle, odpowiadające na moje: "Sie ma" grzecznym: "Dzień dobry", uświadomiły mi, że przede mną zaledwie kilka lat kręcenia korbą, po których – natury nie oszukam – moje zmagania z ekstremum trzeba będzie zaliczyć do wspomnień i zająć się rekonwalescencją, podczas gdy oni będą igrali z adrenaliną jeszcze całe wieki, wspinając się na coraz wyższe, dalsze i jeszcze bardziej wypasione stopnie freerajdu, a już teraz wykonują triki, na które patrzę jak na fotomontaż. Wychodzi na to, że dzielić z nimi będę jedynie strach przed dzwonem, przy czym dla mnie bijącym z mocą Dzwonu Zygmunta.

Jakby się nie dało po cichu zejść ze sceny, ustępując miejsca młodszym. Z pokorą wykonać ostatnie zadanie i urzyżnić glebę. Co mi strzeliło do łba, żeby rzucić wyzwanie grawitacji? To takie niemęskie, o ile męskość definiują moi przodkowie, którzy po osiągnięciu wieku średniego odbywali spacery jedynie dla znalezienia najlepszego miejsca pochówku, a przed snem dla treningu układali się do trumny. Muszę przyznać, że ja na „smugę cienia” reaguję paniką, nerwowo przebierając nogami. Łudzę się, że ten nieuporządkowany ruch materii oszuka Stwórcę i skłoni Go, by raz jeszcze wkroczył w ten chaos i tchnął w niego nowe życie.
I chyba mi się udało. Przynajmniej o tyle, że nie zastygłem na wieki, chociaż wszedłem w bliski kontakt z ciałem stałym. W ostatni weekend wybrałem się do Trupiego Lasu, by śmiganiem na rowerze między drzewami drażnić się z Kostuchą. Ta jednak popisała się refleksem, bo już na drugim dablu zakosiła mi kawał drogi do lądowania. W efekcie nie wyrobiłem się przed drzewem i zaliczyłem... No właśnie, nie tak sobie wyobrażałem karierę gwiazdy Extreme Sports TV i chociaż wciąż jeszcze pukam do drzwi szołbiznesu, to już teraz prezentuję trik, który profesjonalni rajderzy pokazują tylko w bonusie. Proszę Państwa, oto dzwon... http://pl.youtube.com/watch?v=AnYEVamW_4I 

I nie pytajcie komu bije.




 
 
 
 
 
 
 
                             
Strona główna
 
 | 
 
Kancelaria
 
 | 
 
Zespół
 
 | 
 
Publikacje
 
 | 
 
Obszary praktyk
 
 | 
 
Szkolenia
 
 | 
 
Klienci
 
 | 
 
Kariera
 
 | 
 
Kontakt
 
 | 
 
Nota prawna
 
 



Projekt i realizacja